REKLAMA

Bukowina to moja wielka przygoda!

10:03, 14.06.2017 | Mariusz Szalbierz
REKLAMA
Skomentuj
Piękne Bukowinianki - Czerniwczanki

Rozmowa ze Zbigniewem Kowalskim, pomysłodawcą i organizatorem Międzynarodowego Festiwalu Folklorystycznego "Bukowińskie Spotkania".

Skąd wziął się pomysł zorganizowania festiwalu „Bukowińskie Spotkania”?
- To wszystko wynikło z moich zainteresowań. Jako etnografa najbardziej interesowały mnie styki, pogranicza kultur. Równo 30 lat temu spotkałem się z grupą ludności przesiedlonej z Bukowiny do Polski. Było to na przeglądzie folklorystycznym ówczesnego województwa pilskiego w Krajence. Na scenie pojawiła się grupa osób z Jastrowia, śpiewająca piosenki. Po występie poszedłem za kulisy. Dowiedziałem się, że są to ludzie urodzeni na Bukowinie. Podpowiedziałem im trochę inny repertuar i panie zaczęły śpiewać po bukowińsku. Zaproponowałem też im wyjazd na Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. Tam spotkaliśmy się z grupą Bukowińczycy spod Ślęży, koło Sobótki.

Wówczas - a dokładnie 27 czerwca 1987 roku o godzinie piątej rano - obiecałem im, że za rok zrobię bukowiński festiwal. Niestety, pojawiły się duże trudności, by zorganizować go już w 1988 roku. Udało mi się jednak nawiązać kontakty z Bukowińczykami rozsianymi na Ziemiach Zachodnich, głównie na Dolnym Śląsku i w Lubuskiem, i w 1989 roku rozpoczęliśmy przygotowania do pierwszej edycji festiwalu w roku 1990.

Początkowo festiwal miał być prezentacjami bukowińskich Polaków mieszkających w Polsce. Jednak nawiązane kontakty sprawiły, iż doszedłem do wniosku, że nie można festiwalu ograniczać tylko do Polaków, albowiem są oni jedynie fragmentem ukształtowanej przez pokolenia całości funkcjonującej na Bukowinie. To zresztą wypływało wprost z rozmów ze starszymi Bukowińczykami. Mówili: - Przecież my tam sami nie byliśmy, tworzyliśmy wspólnotę z innymi narodowościami.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył Pan na własne oczy Bukowinę?
- To było na początku 1990 roku. Pojechałem tam nawiązać kontakty z instytucjami kultury i zespołami. W północnej części był jeszcze sowiecki Sojuz, na południu kilka miesięcy wcześniej upadł reżim Ceausescu. Zespołów polskich nie było, co najwyżej jakieś nieśmiałe próby nawiązania do tego, co funkcjonowało przed wojną.

Nie pojechałem tam jednak w ciemno. Wiedziałem, którą miejscowość muszę odwiedzić, co zobaczyć, do kogo chciałbym dotrzeć. Jednak najważniejsze było to, że jechałem tam z konkretną propozycją. Czułem, że jeżeli ona okaże się dla bukowińskich nacji interesująca, jeśli pokonają problemy finansowe, to pojawi się szansa na zbudowanie czegoś trwałego pod szyldem „Bukowińskie Spotkania”.

Zaczęliśmy tworzyć festiwal w Polsce, zarazem wspierając działające u nas zespoły Polaków z Bukowiny. Jednocześnie próbowaliśmy reanimować życie polonijne na Bukowinie - tej północnej, i tej południowej. To doprowadziło w efekcie do pierwszej edycji festiwalu w 1990 roku. Uczestniczyły w nim grupy polskie z kraju, a było ich wówczas siedem, była jedna grupa polonijna z Rumunii, dla której był to absolutny debiut, oraz jeden zespół ukraiński z Czerniowiec. To było takie złapanie przyczółków, pierwszy sygnał do szerszych działań.

W następnym roku na festiwalu pojawił się zespół polonijny z Ukrainy, były dwa zespoły polonijne z Rumunii, przyjechały grupy rumuńskie i ukraińskie. Wszystko to udało się zbudować nie na zasadzie rozmów przy „zielonym stoliku”, ale na bazie bezpośrednich kontaktów z Bukowińczykami.

Jesienią 1990 roku pojechaliśmy na Bukowinę z taką rodzinno-towarzyską wyprawą folklorystyczno-etnograficzną. Zabraliśmy dwa zespoły z Polski, opracowaliśmy program i prezentowaliśmy go we wszystkich najważniejszych miejscowościach zamieszkałych przez Polaków. Koncertowaliśmy też dla Rumunów i Ukraińców pokazując, jak wiele elementów w tradycjach polskich jest bliskich Bukowińczykom, że są tam zapożyczenia z tradycji ukraińskich, rumuńskich, niemieckich i innych nacji. To spowodowało zainteresowanie festiwalem pozostałych narodowości z historycznej Bukowiny. Każdego roku przybywało nas więcej, zaczęli przyjeżdżać Węgrzy, Rosjanie staroobrzędowcy, Niemcy, Słowacy. I w takiej formie funkcjonowaliśmy do 1998 roku.

W 1999 roku była dziesiąta edycja festiwalu. Ukoronowaniem naszych działań było to, że festiwal odbył się po raz pierwszy na Bukowinie. Po edycji polskiej pojechaliśmy z prezentacjami do Rumunii, a stamtąd prosto na Ukrainę, do Czerniowiec, dawnej stolicy Bukowiny.

Od tamtej pory kołem napędowym imprezy jest podtrzymywanie tradycji bukowińskich w ich pełnym wymiarze narodowościowym i etnicznym.     W 2000 roku do projektu dołączyli Węgrzy. W 2003 roku po raz pierwszy zorganizowaliśmy festiwal na Słowacji, gdzie „Bukowińskie Spotkania” gościły przez siedem lat w Turczańskich Teplicach. Była też edycja niemiecka – w Monachium i Augsburgu– oraz trzyletni epizod mołdawski, podczas którego prezentacje odbywały się w Kiszyniowie.

Organizując festiwal w różnych miejscach zależało nam przede wszystkim - i tak jest do dzisiaj - na zainteresowaniu środowisk bukowińskich, wszystkich narodowości. Oczywiście, trzonem są prezentacje polskie, ukraińskie, rumuńskie i węgierskie. Ale nie zamykamy się na inne obszary, np. na Bukowińczyków żyjących na terenie dawnej Jugosławii, w Serbii i Bośni. Niewykluczone, że kiedyś i tam dotrzemy z festiwalem.

Narodziny festiwalu zbiegły się z upadkiem systemu komunistycznego w naszej części Europy. Było przez to łatwiej?
- Kiedy ruszaliśmy z festiwalem sytuacja w Europie była taka, że wszyscy chcieli się jednoczyć i szukano na to pomysłów. Każdy, kto choć trochę poznał historię Bukowiny, wiedział, że ten niewielki region położony w Karpatach Wschodnich jest wręcz symbolem tego, jak można funkcjonować w społeczności wielonarodowej. I ta idea od początku przyświecała „Bukowińskim Spotkaniom”.

Druga sprawa: chcieliśmy pokazać, że sięganie po tradycje wielokulturowego regionu można połączyć z aspektami naukowymi. Postanowiliśmy zapraszać, w cyklu pięcioletnim, naukowców zajmujących się problematyką bukowińską. Ale nie chodziło nam o to, by ktoś przedstawiał tamtejszą historię przez pryzmat własnej nacji, ale żeby wszyscy uczestnicy pokazywali, na czym polega fenomen Bukowiny. W czasach austriackich było to księstwo koronne. Księstwo Bukowińskie zniknęło z mapy wraz z zakończeniem pierwszej wojny światowej – Bukowina stała się elementem składowym Rumunii, w 1940 roku podzielono ją między Rumunię a ZSRR. Zapanował totalitaryzm, wydawało się, że te prawie pół wieku od zakończenia drugiej wojny światowej to tak wielki przedział czasowy, który jest w stanie te dobre nawyki, które funkcjonowały tam od pokoleń, skutecznie zniszczyć. A jednak tak się nie stało. Coś jest wpojone w tych ludzi, może ten okres austriacki, może trudne warunki życia w Karpatach, gdzie mieszkańcy tamtych terenów muszą być zdani na współpracę. I te więzi wciąż były, przetrwały. A gdy poszedł impuls z polskiej strony i udało się reaktywować życie polonijne na Bukowinie, to ten wielki sukces pociągnął za sobą wszystkie pozostałe narodowości.

Festiwal to coroczny przegląd zespołów bukowińskich, ale przecież formuła festiwalu nie ogranicza się tylko do prezentacji folkloru z Bukowiny…
- Prezentacje zespołów to tylko fragment naszych działań. Najistotniejsze jest to, aby festiwal współuczestniczył w funkcjonowaniu regionu wieloetnicznego. Stąd różnego rodzaju przedsięwzięcia wynikające z kompleksowego potraktowania Bukowiny: badania etnograficzne, językoznawcze, projekty środowiskowe.

W te badania angażują się naukowcy z Polski, Ukrainy, Rumunii, Węgier, niekiedy także z innych rejonów Europy. Efektem ich pracy są konferencje na uniwersytetach w Czerniowcach na Ukrainie i Suczawie w Rumunii, a także prelekcje, wykłady, panele dyskusyjne, spotkania z etnografami, historykami, czasem literatami, poświęcone różnych grupom narodowościowym. W miarę naszych możliwości dążymy do tego, by były to działania prowadzone systematycznie, a nie okazjonalnie. Dzisiaj sytuacja mniejszości narodowych staje się coraz trudniejsza, stąd współpraca z takimi instytucjami, jak Dom Polski czy Dom Niemiecki.

Jeśli koncentrowalibyśmy się tylko na samym folklorze, to myślę, że ten festiwal dawno już przestałby istnieć. Poza tym, gdyby nie był on efektem żywych tradycji, to nie byłoby podłoża do kontynuowania tego projektu. To wszystko musi się zazębiać, to jest wielka machina, która nazywa się Bukowina.

Dzięki festiwalowi dzisiaj zespoły ukraińskie są zapraszane do Rumunii na lokalne święta i odwrotnie. Ludzie spotykają się, przestają być dla siebie anonimowi, odnajdują wspólne więzi, często rodzinne. A na Bukowinie te tradycje folklorystyczne są dużo żywsze, niż u nas. Tam nikogo nie dziwi, że ktoś na ulicy idzie w stroju ludowym, a wręcz przeciwnie.

Kolejna ważna rzecz: ten festiwal nie jest oparty tylko na relacji publiczność – scena. W wielu miejscach staramy się złamać granice między publicznością a wykonawcami. Z tego wynikają działania pod hasłem „Wspólna ulica”, kiedy po prezentacji zespołu zaczyna się zabawa z udziałem widzów. „Bukowińskie Spotkania” mają się wyróżniać właśnie taką autentyczną, niewymuszoną otwartością. Nie interesują mnie też festiwale, gdzie wykonawcy spotykają się na posiłkach, czasem przy ognisku, a poza tym nie mają ze sobą kontaktu.

I jest jeszcze jeden istotny aspekt: bardzo często słyszę, że na naszym festiwalu występują starsze panie. A tak właśnie ma być! Bo nie interesuje mnie festiwal zespołów studenckich, gdzie młodzi ludzie wyuczą się, nawet perfekcyjnie, jakiegoś tańca czy pieśni. Mnie interesuje to, aby pokazywać tradycje folkloru bukowińskiego zaczerpnięte prosto ze źródła. Dlatego ten festiwal nigdy nie będzie prezentowany w miejscach, gdzie nie ma tego autentycznego środowiskowego podłoża.

W tym kontekście pojawia się pewien problem z Jastrowiem. Po wojnie przyjechało tam tylko dziewiętnaście bukowińskich rodzin. Dziś, niestety, Bukowińczyków jest tam coraz mniej i między innymi stąd wzięła się edycja dzierżoniowska.

Co będzie wiodącym elementem tegorocznych „Bukowińskich Spotkań”?
- W tym roku założyliśmy sobie, że elementem spajającym wszystkie części festiwalu będą wesela bukowińskie. One, oczywiście, pojawiały się w różnej formie już wcześniej, na przykład pięć lat temu pokazaliśmy w Pile wesele rumuńsko-ukraińskie. Tym razem chcemy w poszczególne elementy festiwalu wkomponować fragmenty tradycji weselnych. Będzie to projekt, który zacznie się 21 czerwca w Jastrowiu, a potem przebiegnie przez Piłę, ukraińskie Czerniowce, Kimpulung Mołdawski w Rumunii, węgierski Bonyhád i zakończy się, w końcu sierpnia, w Dzierżoniowie. Będziemy starali się pokazać symultanicznie najbardziej widowiskowe elementy wesela, w różnych formach: w korowodach, przy oczepinach, przy spotkaniach przed świątynią, pożegnaniach w domach. Będą też „Smaki Bukowiny”, prezentujące kuchnie regionalne. Istotą jest to, aby te fragmenty weselne stały się impulsem do wspólnej zabawy publiczności i uczestników jako równoprawnych partnerów biorących udział w widowisku. I to jest podstawowy wyróżnik, który „debiutuje” na „Bukowińskich Spotkaniach”.

Warto dodać, że najmniej liczna grupa, która będzie realizowała projekt „Bukowińskie wesela”, to uczestnicy polskiej edycji festiwalu – jest to ok. 450 osób. Na Ukrainie będzie ok. 800 wykonawców, w Rumunii półtora tysiąca i ponad 600 na Węgrzech.

Jak - z racji odległości - powstaje taki program?
- Nad jego stworzeniem pracujemy z naszymi partnerami z Rumunii, Węgier i Ukrainy już od wiosny ubiegłego roku. Jesienią byłem na Bukowinie, zebraliśmy wszystkie pomysły i tak powstał scenariusz, który będzie realizowany w trakcie festiwalu. Jest to nasz wspólny projekt. Niesamowicie trudny, bo nie mamy możliwości zrobienia prób. Wszystko zawarte jest w scenariuszu, który otrzymały zespoły. Każda grupa ćwiczy swój fragment, wkładając w niego własny pomysł. Odebrałem sporo telefonów: - A może tak to zrobimy, a może jeszcze to zmienimy, a może to dołożymy… Przecież jest to wielkie, stuletnie bogactwo weselnych tradycji – kołacze, ręczniki, błogosławieństwa, pożegnania. To nie jest teatr, gdzie rola jest wyuczona od pierwszego do ostatniego zdania. To ma być żywe widowisko. Dlatego tak bardzo liczymy na spotkania zespołów z publicznością i na to, że nad „weselnymi” stołami będzie się unosił klimat stworzony przez tańce i pieśni. Jesteśmy przekonani, że będzie dobrze. Tak dobrze, jak na dobrym weselu!

Od kilku lat ważnym elementem „Bukowińskich Spotkań” są też Noce Świętojańskie. W tym roku pokażemy je nad jeziorem w Jastrowiu i na Wyspie w Pile, a także uda się je zaprezentować w skansenie w Czerniowcach.

Generalnie: w pięciu tegorocznych edycjach festiwalu weźmie udział około 150 zespołów. Przyjmując średnio 30 osób na zespół, wychodzi z tego niezła „armia” wykonawców. A to tylko wycinek bukowińskiej „armii”, bo na samej Bukowinie działa dzisiaj około 150 zespołów, które w każdej chwili mogłyby się zaprezentować na festiwalowych arenach. Wspomnę tylko, że zainteresowanie festiwalem jest tak duże, że nasi rumuńscy koledzy musieli przeprowadzić eliminacje i wybrać 70 z wielu działających tam zespołów.

Czy lata temu spodziewał się Pan, że „Bukowińskie Spotkania” dorosną do 28 lat?
- Nie. Myślę, że nikt tego nie zakładał. Kiedy organizowaliśmy pierwszą edycję, to 75-80 procent składów zespołów stanowili ludzie urodzeni na Bukowinie. Ludzie, którzy posługiwali się perfekcyjnie gwarą, którzy bez problemu mogli skrzyknąć się i zaśpiewać. I było to bardzo naturalne, bardzo autentyczne. Baliśmy się przede wszystkim o to, jak długo te tradycje będą zachowane w domach. Tym bardziej, że wraz z latami 90. weszliśmy w okres fascynacji kulturą zachodnią. A tu okazało się, że nie, że to wciąż w tych ludziach jest obecne, że ci przesiedleńcy nadal potrafią między sobą gwarzyć, a nawet przestali się tego wstydzić. Środowiska bukowińskie wyróżnia właśnie umiejętność przekazywanie z pokolenia na pokolenie kultury, obyczajów i zwyczajów. Dzięki temu dzisiaj w zespołach występują wnuki i prawnuki osób, które uczestniczyły w pierwszych festiwalach.

Bardzo ważne jest także to, że zespoły polskie biorą udział we wszystkich odsłonach „Bukowińskich Spotkań”. Ale gdy jedziemy na Ukrainę czy do Rumunii, to nie jedziemy tylko na festiwal. Za każdym razem celem jest również wizyta w rodzinnych miejscowościach, spotkania z rodzinami. Wtedy niepotrzebny jest hotel, bo ci ludzie idą do swoich bliskich.

To zresztą można było zaobserwować już w 1990 roku, podczas pierwszej edycji festiwalu. Nieznani sobie dotąd ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, podpytywać: - Skąd jesteś, kogo stamtąd znasz… I nagle okazało się, że spotkały się bliskie sobie osoby, sąsiedzi, często rodziny. I dzisiaj na tej zasadzie odnajdują się kolejne pokolenia. Oczywiście, jest to o niebo łatwiejsze, bo są telefony, facebook, maile, skype. Ludzie żyją w różnych miejscach – w Polsce 40 procent potomków Bukowińczyków mieszka w rejonie Zielonej Góry, Bolesławca i Dzierżoniowa, Żagania i Żar – i to odnajdywanie rodzin, odkrywanie swojej historii, cały czas trwa. Zrobił się z tego wielki boom!

Co uważa Pan za najważniejsze w tak długim trwaniu festiwalu?
- Od początku jego podwaliną było wspólne zaufanie. Bo można wymyślić najpiękniejsze koncepcje tego, jak być razem, ale jeśli nie ma w tym ducha, nie ma chęci, nie ma żywego przykładu, to projekty takie tylko ładnie brzmią i nic więcej z tego nie wynika. Mnie w „Bukowińskich Spotkaniach” interesuje ten niesamowity styk nacji, żyjących obok siebie na niewielkim terenie, i związany z tym społeczny i kulturowy fenomen. Chcemy zrobić wszystko, żeby ten pokoleniowy przekaz nigdy się nie zagubił.
 

A czym po tylu latach Bukowina jest osobiście dla Pana?
- Jest to moja wielka zawodowa przygoda. To prawdziwa fascynacja, która trwa już od tylu lat i która na zawsze we mnie pozostanie.

Dziękuję za rozmowę.

[ZT]7839[/ZT]

(Mariusz Szalbierz)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© faktypilskie.pl | Prawa zastrzeżone | 2017