REKLAMA

Pomóżmy uratować Stefcię! Ma tylko 7 lat…

11:43, 09.02.2018 | Rodzice Stefanii
REKLAMA
Skomentuj

- Boimy się patrzeć na zegarek, bo życie Stefci gaśnie razem z upływającym czasem. Boimy się każdego poranka, bo wiemy, że któregoś razu możemy się obudzić, a naszej córeczki nie będzie już z nami. Jesteśmy rodzicami, których dziecko umiera i którzy sami nie są w stanie mu pomóc. Za nami druga wznowa białaczki, przed nami - walka, w której przeciwnikiem są czas i pieniądze!

W połowie lutego Stefania musi rozpocząć terapię lekiem Blinatumomab. To nasza ostatnia szansa, by przeszczep szpiku się przyjął i by nasza córeczka mogła żyć. Prosimy, pomóż nam ratować Stefcię...

Odkąd u Stefci wykryto raka, codziennie poznajemy bezsilność - tę najgorszą bezsilność, bo związaną z życiem własnego dziecka. A jeszcze tak niedawno mieliśmy życie podobne do Twojego - spokojne, szczęśliwe i zdrowe… Dzisiaj prawie już nie pamiętamy, czym jest spokojna, domowa atmosfera, bo to w szpitalu spędzamy więcej czasu niż w domu.

Ostra białaczka limfoblastyczna - tak brzmi wyrok. Stefania po raz pierwszy zachorowała 4 lata temu. Jadąc do szpitala podejrzewaliśmy zwykłą infekcję, wracaliśmy ze skierowaniem do kliniki onkologicznej na badania. 28 sierpnia 2014 roku naszej czteroletniej córeczce postawiono diagnozę. W gabinecie u onkologa słyszeliśmy, że to rak, że Stefcia właśnie umiera. Dostaliśmy kilka godzin, by pojechać do domu, zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, kilka ulubionych zabawek córeczki i wrócić na oddział. Stanęliśmy twarzą w twarz ze strachem. Paraliżującym strachem o dziecko. Przy Stefci jeszcze powstrzymywaliśmy łzy, ale kiedy nam ją zabrano, nie mieliśmy już siły bronić się przed płaczem.

Zamieszkaliśmy na oddziale onkologii dziecięcej - oddziale, na którym człowiek widzi, jak rak odbiera życie tym najmłodszym. Cały czas gdzieś obok przewijały się słowa "nowotwór" i "śmierć". Stefcia przeszła kilka cykli bardzo silnej chemii, straciła wszystkie włoski. Każdy kolejny cykl znosiła coraz gorzej. Po kilku miesiącach miała już łysą główkę, podkrążone i zmęczone oczy. Byliśmy świadkami tego, jak okrutna jest jej choroba i jak wielki ból może powodować u niewinnego dziecka. Zostaliśmy "onkologicznymi" rodzicami - tymi, którzy codziennie muszą patrzeć na cierpienie najkochańszego dziecka.

Tak doczekaliśmy momentu, w którym stan Stefanii zaczął się poprawiać. Remisja! - kiedy zobaczyliśmy, że wyniki wskazują na wycofanie się nowotworu, byliśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Teraz płakaliśmy ze szczęścia, a nie - tak jak do tej pory - z rozpaczy. Powróciliśmy do normalnego życia nauczeni, że największym szczęściem człowieka jest miłość bliskich i zdrowie. Urodziła nam się trzecia córeczka. Mimo to wciąż się baliśmy, bo nie da się zapomnieć o strachu, kiedy za sobą ma się walkę z nowotworem.

Otrzymaliśmy od losu 6 miesięcy spokoju, by po tym usłyszeć, że koszmar rozpoczyna się na nowo. Wznowa - nowotwór powrócił! Podjęliśmy kolejne leczenie. Cel był jeden - ratować życie dziecka!  Tym razem przy Stefci została mama. Tata opiekował się 5-letnią Basią i roczną Agnieszką. Zostaliśmy rozdzieleni przez chorobę, która znów próbowała wyrwać nam nasze dziecko z rąk.

Konieczny był przeszczep szpiku. Znów chemia - bardzo bolesna, jeszcze bardziej wyniszczająca, niż ostatnio. Oboje poznaliśmy, jak ogromny jest ból rodzica, który patrząc na cierpiące dziecko, musi się uśmiechać i zapewniać, że będzie już dobrze, że wygramy. Stefcia coraz częściej pytała, kiedy w końcu wrócimy do domu i czy jeszcze kiedyś zobaczy się z siostrzyczkami. Resztkami sił wspólnie dotrwaliśmy do dnia, w którym dostaliśmy  informację, że Basia może być dawcą szpiku dla siostry. Tym razem byliśmy w szpitalu w czwórkę - Basia, Stefcia, tata i mama. Przeszczep się udał! Tak bardzo wierzyliśmy, że onkologia na zawsze pozostanie już tylko wspomnieniem. Tak bardzo tego chcieliśmy…

W grudniu myśleliśmy, że wreszcie razem spędzimy święta - bez szpitala i bez worków z chemią. Że wreszcie będzie normalnie - tak, jak kiedyś. Niestety rak postanowił inaczej. W samą Wigilię Stefania dostała wysokiej gorączki. W ciągu kilku dni okazało się, że choroba wróciła z podwójną siłą, atakując nowy szpik - ten, który Stefcia dostała od siostry. Koniec?

- Leczymy dalej! Będzie gorzej, jeszcze trudniej, lecz jest szansa, by Stefania żyła - lekarze dają nadzieję na pokonanie nowotworu, pozwalają wierzyć, że jeszcze wygramy!

Dalsze leczenie będzie opierać się na bardzo ciężkiej chemii, podaniu leku Blinatumomab i kolejnym przeszczepie szpiku od dawcy niespokrewnionego. Niestety teraz, obok białaczki, mamy jeszcze dwóch innych przeciwników - czas i pieniądze. Blinatumomab - lek, który musi przyjąć Stefcia, by kolejny przeszczep mógł się przyjąć - nie jest refundowany. Koszt jednego cyklu terapii kosztuje 200.000 zł, a potrzebnych jest 8 takich cykli.

Znieśliśmy już wiele i możemy znieść jeszcze więcej, jesteśmy przygotowani na kolejne złe dni, na łzy, na bezsilność, ale nie jesteśmy i nigdy nie będziemy przygotowani na śmierć naszej córeczki. Tylko z Tobą mamy szansę wygrać z czasem i uratować życie naszej córeczki. Błagamy o ratunek!

TUTAJ możesz pomóc Stefanii.

(Rodzice Stefanii)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
© faktypilskie.pl | Prawa zastrzeżone | 2018