Zamknij

Historyk: Wałęsa jest traktowany jak tarcza strzelnicza, a to żywa postać ze skomplikowaną biografią

PAP 12:30, 31.08.2025 Aktualizacja: 12:34, 31.08.2025
3 PAP PAP

Wałęsa był aktywny nawet w sytuacjach, w których innych to drażniło, a nawet mogło mu zaszkodzić - mówi historyk Krzysztof Brożek, autor książki "Wałęsa. Gra o wszystko". 31 sierpnia przypada 45. rocznica podpisania porozumień gdańskich.

PAP: Kim przed strajkiem w Stoczni Gdańskiej był Lech Wałęsa?

Krzysztof Brożek: Formalnie rzecz biorąc, w sierpniu 1980 roku nie miał jeszcze skończonych 37 lat. Był żonaty, niedawno urodziło mu się szóste dziecko. Należał do nielegalnych Wolnych Związków Zawodowych. Jako reportażysta i historyk staram się przede wszystkim słuchać innych, a nie komentować i oceniać. Ale jeśli już miałbym pokusić się o charakterystykę Lecha Wałęsy, to powiedziałbym, że jest to self-made man. Pochodzi z chłopskiej rodziny, wyrwał się ze wsi, wyjeżdżając do Gdańska, gdzie został elektrykiem w stoczni. W tamtym czasie to już był wyznacznik awansu, a w nim mimo to wciąż grała ambicja, by osiągnąć coś więcej. Znajdował się w różnych sytuacjach, stykał się z różnymi ludźmi i ciągle podpatrywał, uczył się i tworzył siebie na nowo.

PAP: Rozmawiał pan z kolegami i sąsiadami Wałęsy ze Stogów. Jak go postrzegało najbliższe środowisko?

K.B.: Ci, którzy byli mu nieżyczliwi, widzieli w nim megalomana i człowieka pazernego na życie. Ci, którzy mu sprzyjali, dostrzegali pracowitość, aktywność i charyzmę. Wydaje się, że mówili o tej samej cesze Wałęsy, tylko w zależności od własnego nastawienia oceniali ją negatywnie lub pozytywnie. Każdy w jego środowisku się zmieniał, ale Wałęsa dokonywał zmian z jakąś zapalczywością, coś go pchało i kazało być aktywnym nawet w sytuacjach, w których to innych drażniło, a nawet mogło mu zaszkodzić.

PAP: W ankiecie o osobach represjonowanych po masakrze w Gdańsku w 1970 roku Służba Bezpieczeństwa pisała o Wałęsie: "Brał bezpośredni udział w zajściach ulicznych przed KW PZPR i Komendą Miejską MO. Był jednym z kierowników demonstracji ulicznej. Należał do wszystkich komitetów strajkowych, jakie istniały na terenie stoczni i na Wydz. W-4 brał udział w opracowaniu postulatów, petycji, komunikatów przez radiowęzeł. Był delegatem na spotkanie z tow. Gierkiem".

K.B.: Wałęsa przy całym swojej intensywnej działalności miał skłonność do wyolbrzymiania swoich zasług, dlatego przynależność do "wszystkich komitetów strajkowych" brałbym w cudzysłów. Na pewno Wałęsie zależało na tym, by odgrywać ważną rolę. Podczas protestów w grudniu 1970 roku w niewyjaśniony sposób znalazł się w komendzie miejskiej Milicji Obywatelskiej. Żądał uwolnienia aresztowanych stoczniowców, ale i uspokajał tłum, bo nie chciał, by doszło do przelania krwi. A równocześnie nie wiadomo, jak on do tego budynku wszedł, mimo że tylu innym stoczniowcom się to nie udało. Wałęsa mówił o tym wielokrotnie, sam z nim o tym rozmawiałem, ale jego opowieści nie zawsze układają się w spójną całość. I to też jest jego charakterystyczna cecha: im więcej słów, tym więcej pytań i wątpliwości.

PAP: Chyba najwięcej wątpliwości dotyczyło kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa. Już 3 września 1980 roku Jacek Kuroń próbował usunąć Wałęsę ze stanowiska przewodniczącego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z powodu agenturalnej przeszłości.

K.B.: Ale wtedy Krzysztof Wyszkowski rzucił na szalę swój autorytet twórcy WZZ-ów i ochronił Wałęsę po prawie pięciogodzinnej słownej batalii z Kuroniem. Kilka lat wcześniej Wałęsa sam powiedział na zebraniu WZZ-ów, że rozmawiał z SB, rozpoznawał kolegów na zdjęciach z zamieszek i podawał ich nazwiska. Wałęsa nosił w sobie traumę złamania przez SB i podpisania zgody na współpracę. Nie chciał o tym mówić i nie był jedynym TW, który nie chciał rozwodzić się na ten temat, co jest dla mnie zrozumiałe. Najbliżsi ludzie z otoczenia Wałęsy wiedzieli o jego rozmowach z SB, ale ważniejsza była dla nich jego działalność w drugiej połowie lat 70., a zwłaszcza podczas strajku w stoczni, gdzie zbudował swój autorytet.

PAP: Wałęsa podpisał zobowiązanie do współpracy 21 grudnia 1970 roku, kilka dni po masakrze robotników, gdy wojsko i milicja zastrzeliły 16 osób. Został zastraszony?

K.B.: Na około ośmiuset zatrzymanych w tych dniach demonstrantów dokumenty współpracy podpisało stu czterdziestu. Z samej Stoczni Gdańskiej - trzydziestu kilku. Spośród różnych komitetów strajkowych na Wybrzeżu - czternastu. Wałęsa nie powiedział o tym podpisie nawet żonie. Jak wyglądały takie werbunkowe przesłuchania, opowiedział mi stoczniowiec Jerzy K., TW "Kolega", który swojej późniejszej żonie też o tym nie wspomniał. Został wezwany na przesłuchanie, bo esbecja dowiedziała się, że ukrywa broń. Milicjant posadził go na krześle i zostawił samego w pokoju. Po długim czasie drzwi się otworzyły i weszło dwóch nieumundurowanych esbeków. Jeden stanął z przodu, drugi z tyłu. Jeden miał do niego powiedzieć coś w tym sensie: "Ty skurwysynu, co ci się partia i nasz system nie podoba?". Nim zdążył odpowiedzieć, otrzymał uderzenie na tyle silne, że spadł z krzesła. Podniósł się, usiadł z powrotem, a funkcjonariusze wyszli. Wrócił milicjant, zabrał go na pobranie odcisków palców i znów zostawił samego w pokoju na długi czas. Wrócili esbecy i powiedzieli mu, że jego sytuacja jest tragiczna i zaczęli go zastraszać: "Pistolet przecież miałeś, po to braliśmy te odciski palców, odciski są twoje, z tego pistoletu strzelano w Białostockiem chyba i został zraniony człowiek, i piętnaście lat masz na dzień dobry". Gdy się odezwał, znów otrzymał cios. Zalał się krwią, stracił dwa zęby, kazali mu wyjść i w łazience przepłukać usta. Gdy wrócił, czekało na niego, jak powiedział, "dwóch bardzo dobrych wujków". Zaczęli go przepraszać, przeklinać poprzedników, zaproponowali mu papierosa i kawę. W końcu jeden powiedział: "Jeśli ty nam pomożesz, to my tobie pomożemy. My będziemy się z tobą kontaktować, chcemy na bieżąco wiedzieć, jaka jest sytuacja w stoczni. Umowa jest taka: dopóki nie jesteś wrogiem systemu, nie ma sprawy w sądzie". Dali mu do podpisania dokument, że nie będę z nikim o tym rozmawiał.

PAP: To wiarygodna relacja?

K.B.: Dla mnie tak. Mimo upływu lat, widziałem, jak Jerzy K. podczas opowiadania cały drżał i co chwilę musiał uspokajać się wypaleniem papierosa. Aż momentami czułem niezręczność nagrywania, bo sam, siedząc za kamerą, miałem skojarzenie, że tym razem ja go przesłuchuję.

PAP: Czy podobnie wyglądało przesłuchanie Wałęsy?

K.B.: Tego nie wiemy. Na pewno SB miała sposoby, by wywrzeć na niego presję. Mógł zostać wyrzucony z pracy, a następnie wykwaterowany z Gdańska, a miał na utrzymaniu żonę i dzieci. W odręcznym donosie z 28 marca 1971 roku znalazłem jego przejmujące wyznanie napisane nieskładną polszczyzną: "To nie strach, ani chęć zysku kieruje mnom chcę spokoju i chcę by syn mój był wychowany przez ojca, a nie jak ja przez dom dziecka. Głęboko też wierzę że zrobicie porządek i że posłuchacie prowodyra od dziecka, zawsze sprawy słuszne i rozsądne brak troche mi szkoły".

PAP: Jak rozumieć ostatnie zdanie?

K.B.: Dla mnie brzmi ono tak: posłuchajcie niegrzecznego od dziecka robotnika, który jednak zawsze wie, co słuszne i rozsądne, choć brakuje mu wykształcenia. To brzmi jak krzyk prostego człowieka, który ma o wiele większą ambicję, niż można by się wtedy po nim spodziewać. Dodam, że w tym donosie Wałęsa chyba jedyny raz przyznaje, że był wychowany w domu dziecka, chociaż to przesadne twierdzenie. Co prawda przebywał tam w weekendy, kiedy internat jego szkoły był zamknięty, ale skoro tak mocno w nim to siedziało, być może również i przez okresy takie jak ferie czy wakacje. W każdym razie musiało to być dla niego na tyle ciężkim doświadczeniem, że był gotów zrobić wszystko, by jego syn miał pełną rodzinę.

PAP: Na czym polegała działalność Wałęsy jako TW?

K.B.: Największą aktywność TW "Bolek" przejawiał przez pierwsze kilkanaście miesięcy od zwerbowania. Jego zadaniem było obserwować nastroje wśród załogi i meldować o planowanych strajkach. Po Grudniu ‘70, po donosach kolegów, nie tylko zresztą "Bolka", bardziej aktywnych robotników spotkały realne represje: zwolnienie z pracy, przeniesienie na gorsze stanowisko, cofnięcie meldunku w Gdańsku, zwolnienie żony z pracy, niekończące się wezwania na formalne i nieformalne przesłuchania, pogróżki, pobicia. Trzeba pamiętać, że donosy "Bolka" nie były jedynym powodem do stosowania represji. SB nie ufała swoim źródłom. Dobrym przykładem jest TW "Kolega", o którym opowiadałem. Donosił na "Bolka", a "Bolek" na niego. Może nam się to wydawać smutnym paradoksem, ale to tylko zwykła esbecka kuchnia. Źródła donosiły na siebie, bo SB ich w ten sposób kontrolowała, a ich informacje weryfikowała. W esbeckich materiałach znalazłem taką charakterystykę "Bolka": "jest to człowiek bardzo wybuchowy, częstokroć nie analizuje swoich wypowiedzi, potrafi z rzeczy stosunkowo błahych robić problemy. W związku z tym musi być często kontrolowany". Po kilkunastu miesiącach jego aktywność osłabła, bo większość niepokornych została już ze stoczni usunięta, a sytuacja opanowana.

PAP: W pisanej autobiograficznej "Drodze nadziei" Wałęsa napisał: "W pracy wspominam ten okres jako okres porażek ludzkich i zawodowych, okres moralnych klęsk".

K.B.: Jeden z donosów kończy słowami: "Mój cel jedyny i nadrzędny wychować porządnie i bezkolizyjnie dzieci, ja już się nie liczę - częściowo przegrałem życie - ale to wielki splot wydarzeń". W 1972 roku "Bolek" pokwitował tylko trzy gratyfikacje, ostatnią w maju, na łączną sumę 1600 zł - to wartość niecałej miesięcznej pensji. W następnym roku dwa pokwitowania, a liczba donosów zmalała do trzynastu w stosunku do z 51 w 1971 roku. Można przyjąć, że niezbyt liczne gratyfikacje były już wtedy dla SB tylko formą podtrzymania kontaktu z mało już aktywnym tajnym współpracownikiem. W 1975 roku aktywność TW "Bolka" spadła do zera.

PAP: Z pańskiej książki "Wałęsa. Gra o wszystko" wynika, że w tym czasie Wałęsa coraz częściej wchodził w konflikt z przełożonymi.

K.B.: Wałęsa coraz częściej krytykował kierownictwo wydziału i stoczni, a wobec pogarszającej się sytuacji w kraju punktował wzrost cen, niskie zarobki, męczące nadgodziny oraz nieudolność partii i administracji. Rząd uważał za śrubę, partię w stoczni porównywał do przedłużenia tej śruby, a związkowców uległych władzy do manekinów. "Pytam się, gdzie po obronę może zwrócić się jednostka napotykająca się na złego szefa czy przełożonego. Czy zawsze musi być pokonana i odejść ze spuszczoną głową? (…) Chcemy oszczędzać i szukać rezerw, ale weście się do pracy kierownicy, projektanci, dajcie przykład na najprostszą, łatwiejszą drogę. Przecież przykłady można mnożyć, widać waszą ułomność" - to fragment przemówienia, które sam zapisał na kartce, a następnie przekazał SB. Ale esbecy nie chcieli słuchać jego rad, tylko zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeśli nie powściągnie swojego temperamentu. Tak się nie stało. Przeciwnie - Wałęsa uznał, że jego zwolnienie byłoby bezprawne, więc próbował interweniować u dyrektora i związków zawodowych. Koniec końców 30 kwietnia 1976 roku po przepracowaniu prawie dziewięciu lat w stoczni został zwolniony. Półtora miesiąca później został wyrejestrowany jako TW. Z ostatnich notatek o nim można się dowiedzieć, że krzyczał na esbeków przez telefon, był arogancki, nie chciał nawet się z nimi spotkać.

PAP: Znalazł pracę w Zakładzie Remontowym Maszyn Budowlanych ZREMB, a dwa lata później nawiązał znajomość z ludźmi tworzącymi WZZ i trójmiejską opozycję. Jak do tego doszło?

K.B.: Na początku czerwca 1978 roku Lech Wałęsa zapukał do drzwi mieszkania Krzysztofa Wyszkowskiego na gdańskiej Żabiance, w którym trwała głodówka w obronie aresztowanego jego brata Błażeja. Ludziom, których pierwszy raz widział na oczy, powiedział: "W ogóle to wy tu do dupy działacie". I zaczął im mówić, że zamiast pokojowej głodówki powinni rzucać granatami w komendy milicji. Trudno rozstrzygnąć, czy tak na pewno uważał, czy po prostu chciał się popisać nieustępliwością i zdecydowaniem. Z pewnością po latach jedni będą widzieć w jego zachowaniu prowokację, a inni - odwagę. Z czasem dał się przekonać do pokojowych metod: czytał "Robotnika", roznosił ulotki, przemawiał na nielegalnych wiecach w rocznice zamordowania protestujących w grudniu 1970 roku. W archiwum IPN udało mi się znaleźć kopertę z zaklejoną kasetą magnetofonową. To było esbeckie nagranie ze zgromadzenia w 1979 roku. Słychać na niej Wałęsę. Miał doniosły głos, już rodził się w nim trybun ludowy, jego przemowa na tle innych była najlepsza, mimo że najeżona wszystkimi typowymi dla niego błędami językowymi i dziwnym akcentowaniem. Natomiast Wałęsa nie byłby sobą, gdyby po latach sam nie zrobił sobie krzywdy, opowiadając o tym zdarzeniu. We wspomnieniach zapewnia, że w drodze powrotnej spotkał jakiegoś majora i poszedł z nim na rozmowę. No i co tu robić z takim bohaterem? Nie podał żadnych szczegółów dotyczących tego rzekomego spotkania, więc nie wiadomo, czy na pewno miało miejsce. Zachowywał się tak, jakby chciał pokazać, że był tak ważną postacią, że wszyscy chcieli z nim rozmawiać i słuchać, co ma do powiedzenia. Wałęsa wszędzie chciał pójść i włożyć swoje trzy grosze, być w jakimś prezydium, a najlepiej liderem grupy.

PAP: Dlatego Bogdan Borusewicz z WZZ wybrał go na lidera strajku, mimo że od ponad czterech lat nie pracował w stoczni?

K.B.: Borusewicz - osoba, która spięła wszystkie przygotowania do strajku, wybrał ludzi i datę - powiedział mi, że w stoczni było mniej więcej dziesięć osób, na których mógł się oprzeć, w tym trzech młodych "pistoletów", których nie zdążono wyrzucić: Jurek Borowczak, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński. Młodzi robotnicy byli chętni, by pomagać przy strajku, w końcu go nawet zaczęli, ale nie czuli się na siłach, by poprowadzić taką akcję, która miała ogarnąć kilkanaście tysięcy ludzi. A Wałęsa, jak wiemy, nie bał się dużych wyzwań, a wręcz parł do nich.

PAP: Dla jednych Wałęsa jest tylko "Bolkiem", a dla innych tylko bohaterem opozycji. Na czym polega spór o tę postać?

K.B.: Za często Wałęsa jest przedstawiany nie jako żywa postać ze skomplikowaną biografią, ale figura do atakowania: proporczyk, kukiełka albo tarcza strzelnicza. W ciągu dziesięcioleci jedni ludzie go bronili, a później postponowali, a drudzy najpierw byli mu przeciwni, a następnie go wspierali. Wałęsa już za życia stał się mitem, przy pomocy którego atakuje się przeciwników albo broni swoich racji. Za mało tu żywego człowieka. Według mnie winę za to ponoszą dziennikarze, politycy i historycy. Inna sprawa, że Wałęsa też nie pomagał w ustaleniu prawdy na temat swojego życia, tworząc wiele wersji tej samej historii. Czasem odnoszę wrażenie, że historia, i to nie tylko nasza, w dużej części zbudowana jest z mitów, albo tak uwiarygodnionych, albo tak mocno wpojonych, że nikt już nawet nie zadaje pytań. Prawie każdy ma Wałęsę umieszczonego w szufladce z etykietą bohatera lub zdrajcy. A człowiek jest większy niż najgłębsza nawet szuflada, także ta esbecka. Antoni Mężydło, działacz WZZ, a później poseł zarówno PiS, jak i PO, powiedział: "Mity i symbole powinny ustępować prawdzie. Ja mam ścisłe wykształcenie, a tam prawda jest istotna". I dla mnie także prawda jest istotna.

Rozmawiał Igor Rakowski-Kłos (PAP)

Krzysztof Brożek - historyk, scenarzysta, reżyser, kierownik produkcji filmów dokumentalnych i dziennikarz. Autor książki "Wałęsa. Gra o wszystko", reżyser filmów dokumentalnych, m.in. "Gdzie jest Porozumienie Gdańskie", "Adam Macedoński. Więcej niż jedno życie" i "Nasz Mietek. Mieczysław Gil". (PAP)

irk/ aszw/

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (3)

WalerianWalerian

2 1

Społeczeństwo byłoby w stanie wiele wybaczyć, ale trzeba by mieć odwagę, by stanąć w prawdzie. A tego zabrakło.

15:29, 31.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

NawrockiNawrocki

0 0

rocznik 1983 ,,wie" najlepiej ! 🤣

20:21, 31.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

piterpiter

0 0

Wałęsa to zwykły, pospolity kapuś, który za pieniądze wydawał swoich kolegów. I na to są dowody. Więc przestańcie pleść bzdury. Dla kasy ten pomiot sprzedałby swoją matkę. Właśnie udał się w podróż do USA i Kanady, bo kasy brakuje i Polska to kraj dla niego za drogi. Mam nadzieję, że ten co chodzi do tyłu przypomni sobie i zostawi tego agenta tam na zawsze,

22:08, 31.08.2025
Wyświetl odpowiedzi:0
Odpowiedz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%