Wkrótce Piotr stwierdził, że bardzo się pomylił, licząc na to, że Lusia będzie, jak przy mamie, cichutka i potulna. Żona w duchu cierpiała bardzo, że przyszło jej osiąść w pegeerze, a nie na własnym. Stopniowo żal jej mijał, a raczej zamieniał się w postanowienie, że jeśli już tu przyszło jej żyć, to będzie najgospodarniejsza, a dom jej będzie niedoścignionym przykładem dla sąsiadek.
Póki co najbliższymi sąsiadami przez ścianę była rodzina Grzelaków. Zamieszkali bowiem w domku dwurodzinnym ze wspólnym podwórkiem i sporym ogrodem za domostwem. Lusia chciała mieć piękny ogród, żeby było się czym pochwalić, jak mama przyjedzie w odwiedziny.
- Przyjazd się odwlekał i odwlekał, aż przyszło zaproszenie na chrzciny małego Szymonka. Pani Henia Miłorzębowa odmłodniała przy młodym mężu - zajęta swoimi sprawami, nie wtrącała się do życia swoich dzieci.
Tymczasem Lusia gryzła się okropnie tym, że mąż, choć młody , jest całkiem bez sił. Do kopania ogrodu trzeba było nająć sąsiada, o gromadzeniu opału na zimę nie było mowy. Jemu wystarczyło osiem godzin w magazynie zbożowym, po powrocie do domu, ledwo dyszał. Stała się nerwowa: krzyczała na dziecko, na kury, psa - a on czuł, że to o niego chodzi, że kipi w niej i złość i bezsilność.
Piotr szybko wyciągnął wnioski z tego pierwszego kryzysu małżeńskiego. Dowiedział się o kursie księgowości w miasteczku i zaczął się uczyć. Bardzo delikatnie zachęcał żonę, by jeździła z nim, gdyż w tym samym budynku był kurs kroju i szycia. To ich znów zbliżyło do siebie. A gdy ukończyli kursy ,świętowali razem z Grzelakami, bo to oni opiekowali się córką.
Piotr przeszedł do pracy w biurze na stanowisku młodszego księgowego; gdy nabył doświadczenia, awansował na głównego księgowego, gdzie dotrwał do emerytury. Pani Lusia zaczęła szyć dla sąsiadek, a że miała do tego smykałkę, chętnych przybywało. Lata mijały, Lisowie dorobili się i nowych sprzętów i nawet samochodu, tylko rodzeństwa dla jedynaczki wciąż nie było. Po dziesięciu latach doczekali się podwójnego szczęścia - na świat przyszli bliźniacy Piotr i Paweł. Już prawie osiągnęła swój cel, już była najlepszą gospodynią w majątku, a tu taka niespodzianka! Pani Lusia, przytłoczona nowymi obowiązkami, musiała uznać, że góruje Melania.
Żona kierownika pegeeru pani Melania Łukowska była przeświadczona, że pochodzi z magnatów, a jeśli nie, to ze szlachty rodowej z całą pewnością! W związku z tym patrzyła na świat z góry. Mąż - pan Paweł Łukowski - był pod jej przemożnym wpływem; biada temu, kto by śmiał narazić się pani na pegeerowskich włościach.! Księgowy Piotr Lis - człowiek skromny, lecz szczery, nie jeden raz zalazł jej za skórę, ale on był nietykalny!
No bo jeśli ktoś znał się tu na prowadzeniu takiego przedsiębiorstwa - to on z całą pewnością. Wychował się na wsi, a do tego trzy lata przepracował w Niemczech na robotach w dużym gospodarstwie. Wiedział, gdzie najlepiej udadzą się ziemniaki, gdzie pszenica; umiał przewidzieć pogodę na sianokosy, potrafił wygospodarować pieniądze na premie, na wystawne dożynki. Jego się radzili robotnicy kopcujący ziemniaki, czy buraki, z nim się naradzał magazynier - ile zboża zostawić, by przetrwać zimę i obsiać pola wiosną. Słowem, był to ktoś, kto faktycznie rządził, przy tym cichy, opanowany, nie miał w zwyczaju eksponować swojej osoby.
Kierownikowej zdarzało się wyciągnąć z domu którąś z kobiet i zagonić do roboty u siebie: do prania, sprzątania, czy pielenia w ogrodzie. Później wysyłała ją do Lisa, by wpisał dniówkę. Kobiecina odchodziła przekonana, że wszystko w porządku, ale Melanii w końcu się oberwało. Otworzyła szeroko wielkie piwne oczy, zaniemówiła ze zdziwienia, że ktoś ośmielił się podważyć jej pozycję. Lis zagroził, że powie o wszystkim na najbliższym zebraniu - to była broń niezawodna. Kto miał odwagę, ten wygrywał. A w domu Piotr musiał się nasłuchać, jaki to on jest nierozgarnięty , jaki niepraktyczny.
- Trzeba było wpisać Fabisiakowej dniówkę, a Fabisiaka nająć do nas, żeby nam pokoje wymalował i jemu też coś dopisać! A ty to tak: sam nie zjesz i drugiemu nie dasz - i przesuwała z hałasem garnki, co Piotr wolał przeczekać na podwórku.
Lusia, jak szybko wpadała w złość, tak szybko odzyskiwała przychylność. Męża kochała bardzo za spokój, za ustępliwość i taką piękną pokorę, jaką miał wobec niej. Zawsze uważnie słuchał, czego ona chce, a później starał się urzeczywistnić jej marzenia, choć niczego nie obiecywał. Oboje byli bardzo pracowici i zapobiegliwi; Lusia szyła sąsiadkom, a nawet z Pogórza - wsi przychodziły panie z całymi torbami materiałów. Kierownikowa nie szyła u Lisowej, nie chciała dawać jej satysfakcji, że obszywa tak dostojną osobę. Gdy urodziły się bliźniaki, trzeba było zawiesić działalność krawiecką. Wtedy dopiero wszyscy - łącznie z Melanią - docenili, jakim dobrem dla wioski jest taka krawcowa.
Czarnek: PiS wsiada do naoliwionego pociągu szybkich...
Czarnek s.arnek 🤣
OZE s.oze
09:30, 2026-03-12
Strata, misiu, strata - czyli jak prezydent chce...
Ten stary komunista jakby w swoim kraju napisał coś takiego, to zaraz by go zamknęli, a w Polsce może sobie wypisywać bzdury.
Hmm
05:16, 2026-03-12
Strata, misiu, strata - czyli jak prezydent chce...
Kiedy ten komunista przestanie wypisywać bzdury? Jak mu coś się nie podoba, to niech wyp.. la do swojego kraju.
Hm
05:08, 2026-03-12
Strata, misiu, strata - czyli jak prezydent chce...
A Glapiński wygląda jak taki polski Benny Hill
666
04:54, 2026-03-12
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu faktypilskie.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz